Nasz stosunkowo nowy Team ma już swojego korespondenta wojennego w rolę którego wcielila się pleć piękna.Pelna relacja z zawodów wraz z zdjęciami które są naprawdę super wkrótce na naszej stronie
www.modelrc.pl
Artur Dzierzęcki
........................................................................................................
Okiem widza- czyli kilka słów o tym, jak prawdziwe zawody wyglądać powinny.
Skuszeni niewielką stosunkowo odległością, przemożną ciekawością oraz chęcią nauki od zawodników na prawdziwie europejskim poziomie, 7-8 lipca 2007 roku, kilku dolnośląskich zawodników wybrało się do niemieckiego Hof na Kyoscho Wrold Cup Masters.
Na miejscu spotkał ich modelarsko- kulturowy szok, którym chcieliby podzielić się z rodzimymi zawodnikami.
TOR
Położony wśród górzystego terenu północnej Bawarii tor w Hof, od razu zyskał naszą sympatię.
Otoczony lasem, z dobrze oznaczoną drogą dojazdową, jest świetnym miejscem na rozbicie campingu. Nie przeszkadza on mieszkańcom, gdyż gęsty las tłumi wszelkie hałasy, a przy okazji okazało się, iż zawody modelarskie są dla „tubylców” doskonałą okazją do rodzinnego pikniku.
Umożliwia to infrastruktura wokół tego przeszło 27 letniego obiektu: dobrze zaopatrzony „bar” z grillem, bawarskim piwem w historycznych butelkach a nawet z domowym ciastem (!) oraz-uwaga- prawdziwa toaleta z kanalizacją! Toi Toi’a tam nie uświadczysz J
Ów biesiadny nastrój w żaden sposób nie przeszkadza zawodnikom, gdyż sam asfalt i boks serwisowy otoczony jest siatką z „podłokietnikami”. Widzowie mogą więc wygodnie usiąść na przygotowanych w tym celu ławeczkach a nawet podejść pod samo pole serwisowe by z bliska przyjrzeć się modelom, ich budowie i pracy w serwisie, a przy okazji nie kręcą się pod nogami modelarzom.
Czego więcej trzeba dla promocji modelarstwa wśród zapalonej młodej gawiedzi?
Ano trzeba porządnego toru a on- gładki jak lustro, kręty i trudny technicznie, z niespotykanymi u nas podjazdami pod górkę, wymagający umiejętności a nie super drogiego modelu.
Do tego czysty, że jeść z niego można a co więcej, po zakończonych eliminacjach wyjechał na niego Pan w specjalnej mini froterce by pozamiatać przed finałami!!!!
Porządny, zabudowany drewniany podest dla zawodników, zamontowane na stałe nagłośnienie oraz osobny „domek” dla sędziego powinny dopełnić tego iście sielskiego obrazu.
ORGANIZACJA
Typowy niemiecki ordnung można by powiedzieć.
Przed eliminacjami porządna odprawa, sędzia przypomniał podstawowe zasady, dzięki czemu każdy wiedział co może i powinien robić, a czego się wystrzegać. Umożliwiło to sprawny przebieg zawodów, bez konfliktów czy opóźnień.
Wzorcowe było też sprawdzanie kwarców (najpierw wpis na listę a później z chorągiewką „w realu” tuż przed każdym startem) oraz obowiązek pozostawienia aparatury w depozycie na podeście startowym. Oszczędziło to niepotrzebnych sporów, zakłóceń czy kolizji, a co ważne, nikomu nie przyszło nawet do głowy, aby te zasady łamać.
Pełna kultura.
Zaskoczeniem dla nas był brak serwisu na torze, do jakiego przywykliśmy na polskich zawodach. Serwisant obsługujący zawodnika w boksie sam odpowiadał na wyciąganie go z trawy, choć oczywiście nie obeszło się bez koleżeńskiej pomocy innych serwisantów. Biegniesz po swój model, podnieś i kolegę po drodze.
W ostatecznym rozrachunku może to i lepsze od naszych nawyków? Eliminuje nerwy sędziego, jego groźby i błagania dotyczące serwisu, przyspiesza rozgrywanie zawodów. Można by to przemyśleć.
A sam sędzia?
Wzór i przykład dla nas. Siedział grzecznie w swojej budce, pilnował z okienka przestrzegania przepisów, odliczał czas do startu i końca zawodów, informował o kolejności zawodników w biegu…, jednym słowem robił to, co do niego należało i nic poza tym. Obeszło się bez głupich komentarzy czy sporów z zawodnikami.
Respect.
ZAWODY
Przyjechaliśmy w piątek, kiedy na torze nie było jeszcze miejscowych wyjadaczy. Dolnoślązacy mięli więc okazję poznać tor, próbować ustawień modeli itd..
Wieczorem mała impreza na campingu, integracja z pierwszymi przyjezdnymi i spać, w sobotę czekał nas ciężki dzień.
Od rana wolne treningi i podpatrywanie „niemieckich” ustawień, później przerwa na czyszczenie froterką a następnie po 2 eliminacje dla każdej z 3 grup. I tu pierwsze małe sukcesy, każdy z Polaków jedzie dalej. Wiedzieliśmy jednak, że w niedzielę przyjadą niemieckie „pistolety” i porządnie wstrząsną klasyfikacją w tabeli.
Niedziela 8:00 rano.
Krótkie treningi, korekty ustawień i po 3 eliminacje, już z udziałem tych najlepszych. Był mistrz Europy, wicemistrz oraz wicemistrz Kyoscho World Cup z zeszłego roku Pierr Pfeil. Sama śmietanka modelarstwa.
Te 3 eliminacje wystarczyły im aby zająć czołowe miejsca w finałowym biegu, więc nam pozostała walka w półfinale IC10 PRO.
Jakub Różyczki i Jarek Morawski (alias Prezes) już wcześniej zagwarantowali sobie udział w finale IC10 STANDARD.
Z półfinałów obronną ręką wyszedł Artur Dzierzęcki, który dzięki doskonałej jeździe zakwalifikował się do finału z 5 miejsca. Grześ Barankiewicz walczył dzielnie i mimo problemów z modelem zabrakło mu do finałowej dziesiątki jednego okrążenia. Nauka nie pójdzie jednak w las.
Kto szuka prawdziwych emocji powinien żałować, że nie widział tego finału.
Puszczany z rączki na znak chorągiewką, był niezwykle pasjonujący. Czysta jazda godna zawodników tego pokroju, kulturalne przepuszczanie dublujących, bez stłuczek, wrzasków i pretensji. Bardzo wyrównany poziom, choć przy tak trudnym technicznie torze, nawet najlepszym zdarzały się wpadki.
Wystarczy wspomnieć Pierra Pfeila, który po efektownym szybowaniu nie ukończył zawodów i uplasował się ostatecznie na 6 pozycji.
Artur walczył dzielnie, po starcie z 5 pozycji wyszedł na 2 miejsce.
Walkę jego, Pierra,Pudevela i innych (inne czołowe nazwiska) kibice oglądali dosłownie z otwartymi buziami. Prowadzenie zmieniało się tak często, że sami zawodnicy nie wiedzieli, na którym są miejscu. Doskonały dowód dał Artur, który na kilka minut przed końcem, nie rozumiejąc słów sędziego, przepuścił swojego głównego rywala i na „własne życzenie” zrzekł się prowadzenia ( różnica wyniosla 1,4 sek). Ostatecznie zajął zacne 2 miejsce, samemu o tym nie wiedząc. Jego mina po ogłoszeniu wyników mówi sama za siebie.
POSŁOWIE
Chyba nikt z obecnych w Hof nie żałował tej wyprawy.
Problemów lingwistycznych nie było, ponieważ każdy, nawet nie znając niemieckiego, radził sobie własnym esperanto lub angielskim a w razie trudniejszych, technicznych rozmów pomocą służył wiernie Adam Różyczki. Niemieccy zawodnicy są niezwykle mili i życzliwi, nawiązaliśmy nowe przyjaźnie.
Piękne, emocjonujące zawody, doskonałe warunki i przede wszystkim porządna szkoła jazdy pod okiem i z pomocą prawdziwych mistrzów.
W świetle ostatnich perturbacji i nieuczciwych zachowań na rodzimych torach, grzechem byłoby nie skorzystać z możliwości takiego wyjazdu!
Do tego miły akcent w postaci pucharów dla każdego zawodnika, który ukończył zawody w pierwszej dziesiątce swojej klasy oraz losowanie modelu i bonów na zakupy w sklepie internetowym KYOSCHO.
A finansowo?
Może być to zaskakujące, ale cenowo zawody w Hof kosztowały nas podobnie jak w Polsce. Ok. 400 km z Wrocławia, szybko, bo cały czas doskonałą niemiecką autostradą, camping za darmo, wpisowe 10 euro (niecałe 40 zł) i zwolnienie z opłat za pchełki.
Że już o czystych, niezniszczonych modelach dzięki jakości toru nie wspomnę.
Jedzenie kupione na miejscu kosztowało tyle, ile mogliśmy zaoszczędzić na hotelu przy okazji takich samych zawodów w Polsce, choć tu przyznajemy się do błędu- następnym razem bierzemy jadło z Polski (oni nawet chleba porządnego upiec nie potrafią a jogurty to już prawdziwa masakra).
Cóż, nie można mieć wszystkiego, od następnych zawodów propagujemy polską kuchnię, woda ognista już im posmakowala
Bogatsi o nowe, czasami aż zaskakujące doświadczenia, pakujemy się już na mistrzostwa do Holandii.
Życzcie powodzenia
Ania